Requiem dla miłości
Inspiracją do powstania tego tekstu stały się artykuły na temat godnej śmierci i etosu rycerskiego, jak również komentarze czytelników.
Rola „Advocatus Diaboli” – w potocznym rozumieniu tego terminu – bez wątpienia należy do niezwykle trudnych, niewdzięcznych i zarazem niesłychanie karkołomnych zadań. No, ale zobaczymy, może jakoś uda mi się z tego wybrnąć. Na sam tytuł tego artu w mojej głowie rozbrzmiały od razu dźwięki utworu tego genialnego kompozytora rodem z Salzburga – w szczególności urzeka mnie część o tytule „Rex Tremendae” To jakby tyle tytułem wprowadzenia w klimat tekstu.

www.duchowe.pl
Cóż widok starych ludzi na osiedlowych ławeczkach czy w oknach – jakby czekających lub wypatrujących przyjścia kogoś bliskiego – niewątpliwie jest mało optymistyczny. Jeszcze smutniejszym jest widok staruszków w domu starców. Widok starych schorowanych ludzi, samotnie umierających w szpitalach czy też w hospicjach – gdzie już nawet odmawia im się prawa do nazywania ich ludźmi i określa mianem terminalnych – bez wątpienia jest niesłychanie dojmującym doświadczeniem samotności, bólu, cierpienia, często także smutku i żalu. Patrząc na to wszystko wydaje się, że oburzenie czy też może nawet gniew na niewdzięcznych i niepomnych tego, co dostali od swych rodziców, młodych ludzi zdaje się być jak najbardziej uzasadniony i na miejscu. Czy jednak, aby na pewno? Niezwykła łatwość, z jaką współczesny człowiek ferruje swe „sprawiedliwe” wyroki jest wręcz porażająca, a uczucia i emocje temu towarzyszące zmuszają do głębokiego zastanowienia się nad ich słusznością. Samotni, starzy ludzie, czekający na swych bliskich: syna czy córkę; samotnie umierający, zdawać by się mogło pozbawieni prawa do godnej śmierci, z dala od swej rodziny i swoich bliskich, którym przecież tyle poświęcili… W takich sytuacjach nie ma miejsca na refleksję, nikt o nic nie pyta… Ten samotny, stary człowiek to przecież czyjś ojciec lub matka… gdzie, więc są jego bliscy, jego rodzina? Czy w istocie to kwesta braku szacunku i wdzięczności za trud i poświęcenie okazane swoim dzieciom? Nikomu do głowy nie przyjdzie by zapytać o pewne rzeczy tych starych ludzi. Pytania mogłyby okazać się zabójcze i nie do zniesienia. Odpowiedź na nie dla wielu jest zbyt przerażająca, więc wolą nawet nie dopuszczać do siebie myśli na ten temat. O jakie więc pytania chodzi? Bardzo proste: w jaki sposób ci starzy, opuszczeni i osamotnieni dziś ludzie wychowali swoje dzieci? Jakie tak naprawdę przekazali im wartości? Co takiego wydarzyło się w ich wzajemnych relacjach, że dziś ich dorosły syn czy córka tak chętnie pozostawia ich samotnymi, oddaje do domu starców czy do hospicjum? Dopiero odpowiedzi na te pytania pokazują prawdziwą skalę zjawiska i uzmysławiają wagę problemu. Problemu współczesnego, cywilizowanego człowieka…
Kluczem do znalezienia odpowiedzi na te pytania jest obserwacja współczesnego, dorosłego człowieka. Ten człowiek, gdzieś w przedziale wiekowym pomiędzy 35 a 45 rokiem życia, to oczywiście czyjś dorosły syn lub córka. Z reguły jest już na swoim, ma swoją własną rodzinę, pracę, karierę, zarabia pieniądze na utrzymanie rodziny. Praca i pieniądze są jego głównym celem życiowym – w myśl powszechnego wyobrażenia o szczęśliwej rodzinie, żyjącej w dostatku. Społeczna koncepcja rodziny narzuca określone wymagania. Dzieciom trzeba dziś zapewnić nie tylko jedzenie i dach nad głową. Dobry żłobek, przedszkole, następnie szkoły, do tego jeszcze dodatkowy angielski poza lekcjami, basen, kurs tańca, następnie dobre studia i start w dorosłe życie i karierę. To oczywiście wszystko kosztuje. Współczesny dorosły już dawno zdążył zaplanować życie nie tylko swoje, ale także swoich najbliższych, w tym przede wszystkim swoich dzieci. Często bywa tak, że grafik jego dziecka jest równie zapchany jak jego własny i ciężko upchać w to coś jeszcze. Oczywiście tego modelu ten dorosły nie wziął sobie z sufitu. Ten model przejął i wyniósł ze swojego domu rodzinnego. Jego rodzice robili dokładnie to samo, by zapewnić mu lepsze życie. O cóż więc cały ten raban?
Współczesny dorosły, przy tym modelu, to oczywiście potencjalny pensjonariusz domu starców czy pacjent hospicjum mniej więcej za jakieś 30 lat… choć tak samo jak jego rodzice, wierzy i ma nadzieję, że na starość jego dzieci zajmą się nim w ramach wdzięczności za jego poświęcenie dla nich. I w tym właśnie tkwi sedno całego problemu. Poświęcenie. Jest wymogiem i paradygmatem rodzinnym i społecznym, który urósł do rangi cnoty. Rodziny żądają poświęcenia od swoich członków w imię jakiś absurdalnych wręcz zasad. Poświęcenia, określanego często mianem lojalności, domagają się pracodawcy od swoich pracowników. Poświęcenia domagają się politycy od swoich wyborców w imię rzekomo jedynego i słusznego tak zwanego dobra ogółu. Poświęcenia i ofiary życia domagają się dowódcy od swoich żołnierzy, a ich bohaterska śmierć na polu chwały w walce w imię jedynych prawdziwych wartości, jest na lekcjach historii czy języka ojczystego stawiana na piedestale autorytetu (szkoda, że już martwego). Poświęcenia w końcu domagają się także od swoich wiernych różnej maści przywódcy duchowi i religijni. Odmowa poświęcania się, z reguły kończy się atakiem i oskarżeniami o egoizm. Dosyć charakterystyczny rys, który przewija się w tym wszystkim (znakomicie także widoczny w komentarzach do cytowanych już tekstów) to rozumienie miłości jako poświęcenia. Można by zapytać: skoro miłość rozumiana jest jako poświęcenie, to, czym wobec tego jest poświęcenie? Równie mało przekonująca jest żonglerka pojęciowa w ramach synonimów i bliskoznaczności. Miłość nie ma absolutnie nic wspólnego z poświęceniem. Trzeba bardzo wyraźnie rozgraniczyć i rozdzielić te dwa stany. Niestety, od samego początku, w procesie socjalizacji, począwszy od rodziny, człowiek nieustannie wychowywany jest pod kątem właśnie poświęcenia, częstokroć przedstawianego i interpretowanego jako miłość, coś dobrego, pożytecznego, szlachetnego, cennego. Tyle, że z miłością nie ma to nic wspólnego. Choć tak naprawdę miłości nie musimy się uczyć. To naturalny dar, z którym rodzi się każdy człowiek. Proces wychowawczy, jakiemu człowiek poddawany jest od momentu narodzin, tak naprawdę zabija w nim ten dar, w imię wyższej wartości społecznej, jaką jest właśnie poświęcenie. W tej sytuacji przysłowiowe już „gorzkie żale” na nic się zdają. Pokoleniowa zmiana warty w cyklu kat-ofiara dokonała się. Syn czy córka może nawet i weźmie dodatkowe pół etatu lub jakieś zlecenie by ukochanej mamusi czy tatusiowi opłacić najlepszy szpital i lekarzy, całodobową opiekę pielęgniarską w domu starców lub hospicjum, a po śmierci zafunduje okazały, marmurowy nagrobek. Pozostaną żal i pretensje, niezrozumiałe dla obu stron.
Znany brytyjski psycholog i terapeuta, mający na swoim koncie m.in. ogromne sukcesy w leczeniu chorób nowotworowych, Collin Tipping, autor metody Radykalnego Wybaczania, o ludziach cierpiących na te choroby mówi, że podejmują się oni heroicznej misji by uświadomić i pokazać światu, że najważniejsza w życiu każdego człowieka jest miłość. Starzy, samotni, schorowani ludzie, czekający na gest miłości ze strony swoich bliskich, by w spokoju odejść z tego świata zdają się odkrywać tę prawdę. Często odchodzą nie otrzymawszy tego od swoich bliskich. Sprawiedliwe Życie wystawia rachunek, także za poświęcenie miłości na rzecz czegoś innego. Jedyne, z czym człowiek przychodzi na świat to dar miłości. Jedyne, z czym odchodzi z tego świata, to miłość, jaką dał innym i otrzymał od innych. Domy starców i hospicja w niezwykle dobitny i wymowny sposób mówią o tym.
Dlaczego tak się dzieje? I czy można temu w jakiś sposób zaradzić? Odpowiedź kryje się w artykule na temat wartości etosu rycerskiego. W komentarzu do tego artykułu napisałem, że to ciekawe studium tęsknoty za wartościami. U współczesnego człowieka, tęsknota za miłością i ciepłem wydaje się być dominującym uczuciem. Ilość zapisywanych stron w tym temacie jest wprost proporcjonalna do coraz bardziej rosnącej tęsknoty za miłością. I na tym świat zdaje się poprzestawać. Obserwacja codziennej gonitwy życia współczesnego człowieka nie pozostawia złudzeń. W większości przypadków, współczesny człowiek czas na miłość poświęcił i przeznaczył na coś innego. Miłość od czasu do czasu tylko, cichym głosem tęsknoty przypomina o swoim istnieniu, a i tak zazwyczaj jeszcze ten głos jest tłumiony. Pochłonięty codziennymi, jakże istotnymi i ważnymi sprawami świata tego, człowiek zapomina o miłości, zapomina, czym ona jest… przychodzi czas, że to miłość zapomina o człowieku, a na końcu drogi jest już tylko żal, smutek i śmierć.
Dojmujący jest widok, kiedy wieko trumny zakrywa ciało w niej spoczywające… i ta świadomość, że już nigdy nie zobaczy się tej osoby. Kilka sekund i trumna spoczywa na dnie grobu. Pierwsze grudy ziemi spadające na trumnę wydobywają z niej głuchy, pusty dźwięk. Z każdą łopatą ziemi staje się on coraz bardziej cichy, aż wreszcie milknie. Koniec… staje się początkiem nowego, zarówno dla tego, który odszedł jak i tego, który pozostał. Śmierć to nie tylko aspekt fizyczny, to także, a może nawet przede wszystkim głęboki wymiar duchowy i metafizyczny. Ten wymiar doskonale rozumiał Mozart i dał temu wyraz w swoim „Requiem”. Po dziś dzień ta kompozycja urzeka swoim pięknem i dostojeństwem. Dynamiczne fragmenty harmonijnie przeplatają się z tymi spokojnymi i niosącymi ukojenie. Gdzieś nad tym wszystkim góruje Wielkość i Majestat samego Boga-Stwórcy. W ten sposób o śmierci mógł opowiedzieć tylko geniusz…, geniusz, który rozumiał jej znaczenie i sens. Jakby na potwierdzenie tego, w jednym z listów do swojego ciężko chorego ojca W.A. Mozart napisał, że śmierć jest jedną z najlepszych przyjaciółek człowieka, że jest bramą do szczęścia.
Tam gdzie jest Miłość, tam nie ma śmierci. Tam, gdzie zaczyna brakować Miłości, wcześniej czy później pojawia się śmierć. Anioł Śmierci jest jakby forpocztą Miłości, torując jej tym samym drogę. Akceptacja śmierci jest w istocie wyrażeniem zgody na to, aby umarło i odeszło to wszystko, co Miłością nie jest. To stare wyświechtane prawdy i frazesy, czasami powielane z pokolenia na pokolenie od tysięcy lat i nijak mające się do rzeczywistości. To także przekonania i wzorce myślowe, codziennie te same, odtwarzane w głowach ludzi. A przecież każdy dzień tchnie świeżością i radością poranka, więc dlaczegóżby nasze przekonania i myśli nie miałyby takimi być? To również czyny i działania, których intencja nie ma nic wspólnego z prawdziwą Miłością. To także przekonania o tym, czym jest Życie, śmierć, miłość, dotyk i wiele tym podobnych rozmijających się z prawdą. Akceptacja śmierci to także zgoda na to, aby odeszli ci wszyscy, których serca zamknęły się na miłość i tym samym stali się oni strażnikami broniącymi dostępu innym do Światła Miłości. Nie bez kozery tę cywilizację coraz częściej nazywa się „cywilizacją śmierci”. To jej dziejowa rola i zadanie, aby w niej dokonała się śmierć tego wszystkiego, co sprzeczne z naturą prawdziwej Miłości, w ten sposób torując drogę do kolejnego etapu rozwoju ludzkości – budowania cywilizacji miłości. Brak zrozumienia i akceptacji dla śmierci spowodowany lękiem przed nią, sprawia, że działania współczesnego człowieka często przypominają działania lekarza stosującego uporczywą terapię po to, by za wszelką cenę jak najdłużej utrzymać pacjenta przy życiu. Gołym okiem widać, że terapia mało skuteczna, zamiast pomagać pacjentowi przysparza mu tylko dodatkowych cierpień; a lekarz święcie przekonany, że robi to w dobrej wierze i intencji pacjenta. Zmian jednak nie sposób powstrzymać, można, co najwyżej starać się je opóźnić. Miłość jest cierpliwa.
Mozartowi nie dane było dokończyć swojego „Requiem”. Nie napisał także jego ostatniej części, która nosi tytuł „Lux Aeterna”. I słusznie… jakby zabierając tę tajemnicę ze sobą. Bowiem drogę do wiecznego światła Miłości każdy człowiek musi odnaleźć sam… w swoim własnym sercu. To jak powinność i obowiązek każdego człowieka. I tak jak napisał Mirek Mazur w swoim wierszu, że kiedy już odnajdziesz to:
„Na końcu drogi światło się świeci.
I ogień miłości w sercu roznieci.
Smutek i żal ogień ten gasi.”
Artykuł Opracował
RoB